Najpierw przestałam śpiewać, potem dbać o siebie. Jak zmieniłam się w związku.
Najpierw przestałam śpiewać.
Nie pamiętam dokładnie kiedy. Wiem tylko, że kiedyś śpiewałam dużo. Byłam głośniejsza, bardziej spontaniczna, dużo się śmiałam. Kiedy poznałam mojego męża, byłam bardzo otwartą osobą.
Mój śpiew mu przeszkadzał.
Później zaczęły przeszkadzać też inne rzeczy. Mocniejszy makijaż niekoniecznie mu się podobał. Kremy i balsamy pachniały za mocno. Słyszałam, że naturalna jestem najładniejsza.
Więc zaczęłam wybierać kosmetyki, które prawie nie pachniały. Malowałam się mniej. Coraz rzadziej smarowałam ciało balsamem. Twarz kremowałam szybko, czymś neutralnym, najlepiej takim, czego zapachu właściwie nie było.
Nie wydarzyło się nic spektakularnego.
Po prostu z czasem było mnie trochę mniej.

Nie przestałam być sobą jednego dnia
Nie chcę dziś rozstrzygać, czy mój mąż robił to świadomie. Nie wiem.
Wiem natomiast, jaki wpływ przez lata miały na mnie te wszystkie drobne komentarze.
Bo człowiek rzadko budzi się któregoś ranka i stwierdza: od dzisiaj przestaję robić rzeczy, które lubię. To dzieje się dużo ciszej.
Najpierw czegoś nie robisz raz.
Potem drugi.
Za trzecim razem już nawet o tym nie myślisz.
Z czasem zaczęłam podejmować coraz więcej małych decyzji według jednego prostego kryterium: czy to komuś nie będzie przeszkadzało?
Czy ten krem za mocno pachnie?
Czy nie jestem za mocno pomalowana?
Czy nie jestem za głośna?
Czy znowu nie robię czegoś nie tak?
I gdzieś między tymi wszystkimi pytaniami coraz rzadziej zadawałam sobie inne:
A czego właściwie chcę ja?
Czasem właśnie od tego pytania zaczyna się coś większego. Nie od gotowej decyzji o rozwodzie, ale od pierwszego zauważenia, że nasze własne potrzeby od dawna znajdują się gdzieś na końcu listy. Jeśli jesteś jeszcze w tym miejscu, być może pomoże Ci również tekst o tym, jak zrobić pierwszy krok do siebie, kiedy nie wiesz jeszcze, czy zostać, czy odejść .
Nawet jedzenie przestało być moje
Podobnie stało się z jedzeniem.
Kiedyś naprawdę lubiłam gotować. Potrafiłam przygotowywać różne obiady, próbować nowych rzeczy, kombinować.
Z czasem coraz bardziej liczyło się to, co zostanie zjedzone.
Jeżeli próbowałam podać coś innego, zdrowszego albo po prostu bardziej urozmaiconego, zdarzało mi się słyszeć, że daję mu „gówno” i że woli pójść na kebaba.
Więc w domu zaczęły krążyć właściwie te same trzy obiady.
Do tego coraz częściej fast food. Ciąża. Zmęczenie. Problemy ze zdrowiem. Codzienność, w której dbanie o siebie było gdzieś bardzo daleko na liście rzeczy do zrobienia.
Przytyłam.
Nie chcę sprowadzać tego do jednego powodu, bo tych powodów było wiele. Dzisiaj widzę jednak, jak bardzo otoczenie, w którym żyjemy, potrafi wpływać na nasze codzienne wybory.
Nie przez jedno wielkie wydarzenie.
Przez tysiąc zwyczajnych dni.
Przed wyprowadzką marzyłam o pachnącym balsamie
Pamiętam, że jeszcze zanim się wyprowadziłam, wyobrażałam sobie swoje życie po przeprowadzce.
I wcale nie były to wielkie marzenia.
Nie widziałam siebie podczas egzotycznej podróży. Nie wyobrażałam sobie spektakularnego „nowego życia”. Nie myślałam o nowym mężczyźnie.
Myślałam o wieczorze.
O tym, że położę córkę spać, zostanę sama w swoim mieszkaniu i zrobię masaż twarzy.
Że posmaruję ciało pachnącym balsamem.
Że będę mogła użyć dokładnie takiego kosmetyku, jaki mi się podoba.
Że nikt nie powie mi, że śmierdzę.
Kiedy dzisiaj o tym myślę, brzmi to prawie absurdalnie. Marzyć o balsamie?
A jednak wtedy właśnie takie rzeczy oznaczały dla mnie wolność.
Oczywiście obok tych wyobrażeń był też strach. Bo kiedy myślisz o odejściu, możesz jednocześnie widzieć spokojny wieczór we własnym domu i bać się wszystkiego, co wydarzy się zanim do niego dojdziesz. Finansów, samotności, dziecka, formalności, przyszłości. Ten lęk przed rozwodem i tym, co będzie później potrafi istnieć obok bardzo silnego przekonania, że dotychczas nie chcesz już żyć.
Dla kogoś z zewnątrz to drobiazgi.
Dla kobiety, która przez długi czas dopasowywała swoje codzienne wybory do drugiej osoby, mogą znaczyć znacznie więcej.
Prawie siedem miesięcy później robię dokładnie to, o czym wtedy myślałam
Nie wydarzył się żaden spektakularny glow up.
Nie schudłam nagle kilkunastu kilogramów. Nie ćwiczę codziennie. Nie mam rano dwóch godzin na medytację, trening i przygotowywanie idealnego śniadania.
Mam prawie trzyletnią córkę. Pracuję. Tworzę Rozwodową. Współpracuję z ekspertkami. Mam więcej pomysłów niż czasu, żeby je wszystkie zrealizować.
Bywam potwornie zmęczona.
Są dni z milionowym „mamo”, płaczem, krzykiem, buntem prawie trzylatki i momentami, kiedy człowiek najchętniej zamknąłby się na pięć minut w łazience tylko po to, żeby nikt niczego od niego nie chciał.
I chyba właśnie to jest jedna z rzeczy, których wcześniej nie rozumiałam: układanie codzienności po rozwodzie nie oznacza stworzenia perfekcyjnego nowego życia. Częściej oznacza znalezienie własnego sposobu na zwyczajne dni – z obowiązkami, zmęczeniem i dzieckiem, ale też z coraz większą przestrzenią na rzeczy, które naprawdę są nasze.
A jednak robię dokładnie te rzeczy, o których wtedy marzyłam.
Robię masaż kobido. Używam kamienia gua sha. Kupiłam sobie szczotkę do twarzy i dekoltu. Szczotkuję ciało. Nakładam balsamy, które pachną tak, jak lubię.
I któregoś dnia podczas jednego z takich zwyczajnych rytuałów zauważyłam coś, czego dawno nie czułam.
Moje ciało jest naprawdę przyjemne.
Miękkie. Delikatne.
Zaczynam je lubić.
Zaczęłam lubić swoje ciało, zanim zdążyłam je zmienić
To chyba najbardziej mnie zaskoczyło.
Bo przecież nadal mam dodatkowe kilogramy.
Nadal chciałabym być szczuplejsza. Chciałabym być silniejsza. Chciałabym regularnie ćwiczyć i obiecałam sobie, że kiedy córka pójdzie do przedszkola, spróbuję znaleźć codziennie chociaż kilkanaście minut na ruch.
Nie wiem jeszcze, czy rzeczywiście każdego dnia mi się to uda.
Ale zmieniło się coś znacznie ważniejszego.
Nie mam już poczucia, że najpierw muszę zmienić ciało, żeby zacząć je dobrze traktować.
Mogę o nie zadbać teraz.
Mogę je posmarować ulubionym balsamem teraz.
Mogę je dotykać bez ciągłego szukania tego, co należałoby poprawić.
Mogę je polubić, zanim stanie się takie, jakie chciałabym kiedyś mieć.
Przez długi czas bezpieczniej było mi się nie wyróżniać
Czasami myślę o swoich dodatkowych kilogramach jak o zbroi.
Nie twierdzę, że przytyłam po to, żeby się chronić. Nie wiem tego i nie chcę dorabiać sobie psychologicznych diagnoz.
Wiem natomiast, że przez długi czas w większym ciele było mi w pewnym sensie bezpiecznie.
Nie byłam bardzo gruba. Nie byłam też kobietą, która szczególnie rzucała się w oczy.
Byłam gdzieś pośrodku.
Przeciętna.
Trochę schowana.
A kiedy jesteś schowana, łatwiej pozostać niezauważoną.
Dzisiaj widzę, że właśnie w tym przez jakiś czas było mi wygodnie. Bo bycie zauważoną też wymaga pewności siebie.
Gdybym schudła, zaczęła ubierać się dokładnie tak, jak lubię, mocniej się malować, chodzić wyprostowana i naprawdę dobrze czuć się ze sobą, ktoś mógłby na mnie spojrzeć.
Ktoś mógłby zwrócić uwagę.
A ja przez długi czas chyba wcale nie chciałam być widoczna.
Łatwiej było zostać trochę w tle.
Teraz coraz mniej chcę się chować
I właśnie tutaj czuję największą zmianę.
Moje ciało przez pewien czas było dla mnie bezpieczną przystanią. Dawało możliwość pozostania niezauważoną.
Tylko że ono coraz mniej pasuje do tego, co zaczynam czuć w środku.
Wraca moja energia.
Wracają moje pomysły.
Wracają rzeczy, które lubię.
Coraz częściej zastanawiam się, co podoba się mnie, zamiast czy coś spodoba się komuś innemu.
Zaczynam myśleć o ubraniach, pielęgnacji, ruchu i własnym wyglądzie nie po to, żeby ktoś mnie zaakceptował.
Po prostu coraz bardziej czuję, kim jestem.
I mam coraz mniejszą potrzebę chowania się.
Nie chcę zmieniać swojego ciała dlatego, że go nie lubię.
Chcę o nie zadbać właśnie dlatego, że zaczęłam je lubić.
To dla mnie ogromna różnica.
Moje życie nie stało się łatwe. Stało się moje
Po odejściu nie zaczęło się idealne życie.
Nadal jestem zmęczona. Nadal czasem mam wszystkiego serdecznie dość. Nadal samotne macierzyństwo oznacza dni, kiedy bardzo chciałabym, żeby ktoś na chwilę przejął wszystkie decyzje i obowiązki.
Ale jednocześnie śpię spokojniej niż przez bardzo długi czas.
Czuję się dobrze w swoim domu.
Coraz lepiej czuję się we własnym ciele.
Robię rzeczy, o których kiedyś po cichu myślałam.
I jestem naprawdę szczęśliwa.
Nie dlatego, że wszystko jest już poukładane.
Nie dlatego, że wyglądam dokładnie tak, jak chciałabym wyglądać.
Nie dlatego, że moje życie stało się łatwe.
Po prostu coraz bardziej jest moje.
A chyba właśnie za tym tęskniłam najbardziej.
Spróbuj kiedyś przypomnieć sobie jedną drobną rzecz, którą dawniej lubiłaś, a z czasem przestałaś robić.
Może kiedyś śpiewałaś.
Może malowałaś paznokcie na czerwono.
Może lubiłaś długie kąpiele, pewien zapach, konkretną muzykę, samotne spacery albo gotowanie czegoś, czego nikt poza Tobą nie chciał jeść.
Możesz zacząć od jednej małej rzeczy.
A potem zobaczyć, czy za nią nie przyjdzie następna.
Krok do siebie, krok po kroku, tak po prostu.
Jeśli jesteś właśnie na swoim własnym etapie odzyskiwania małych kawałków siebie, nie musisz przechodzić przez niego zupełnie sama. Rozwodowa to nie tylko artykuły – powoli tworzymy też przestrzeń, w której kobiety mogą być po prostu między sobą.
Nie musisz przechodzić przez to sama
Jeśli próbujesz uporządkować emocje, odzyskać spokój albo po prostu potrzebujesz miejsca, w którym ktoś zrozumie, dlaczego dziś jest Ci trudniej – zapraszamy Cię do grupy „Odzyskaj siebie – przestrzeń dla kobiet”.
Możesz podzielić się swoją historią, zadać pytanie albo zostać na chwilę w ciszy i zacząć od czytania. Nie musisz być już gotowa na nowy początek. Możesz być dokładnie w tym miejscu, w którym jesteś teraz.
Nie musisz dzisiaj wiedzieć, jak będzie wyglądało całe Twoje życie. Czasem pierwszym krokiem jest świadomość, że ktoś naprawdę rozumie.

Aneta Lisiecka – twórczyni i redaktorka Rozwodowej. Odpowiada za kierunek redakcyjny portalu, dobór tematów i sposób opracowania treści. Stworzyła Rozwodową z myślą o kobietach, które w czasie rozstania potrzebują nie tylko informacji o pozwie, terminach i dokumentach, ale również spokoju, uporządkowania i poczucia, że nie są z tym same. Łączy wiedzę ekspertek z prostym, zrozumiałym językiem, aby pomagać przejść przez ten etap bardziej świadomie i krok po kroku odzyskiwać poczucie wpływu.






