Nie jestem szczęśliwa w małżeństwie. Czy trzeba mieć „złego męża”, żeby odejść?

Nie jestem szczęśliwa w małżeństwie – minimalistyczna grafika wyróżniająca artykuł Rozwodowej

Nie jesteś szczęśliwa w małżeństwie, ale Twój mąż nie jest „złym człowiekiem”? Nie musisz czekać na przemoc, zdradę, uzależnienie ani jedno dramatyczne wydarzenie, żeby uznać, że nie chcesz już być w tej relacji. Brak bliskości, poczucie samotności czy rozminięcie się potrzeb również mogą sprawić, że zaczynasz myśleć o odejściu. Trudność pojawia się wtedy, gdy poczucie winy, wychowanie i ocena otoczenia sprawiają, że zaczynasz szukać „wystarczającego powodu”, który da Ci prawo do tej decyzji.

Tym razem oddaję głos Dorocie Baron. To jej autorski tekst, który łączy perspektywę psycholożki z osobistym doświadczeniem. Dorota pisze o czymś, o czym rzadko mówi się wprost: dlaczego czasem łatwiej znaleźć winnego rozpadu małżeństwa niż dać sobie zgodę na to, że po prostu nie chcemy już w nim być. Ja ten tekst jedynie redakcyjnie uporządkowałam – jego myśl, przykłady i osobista perspektywa należą do Doroty.

Dorota Baron, psycholog ze specjalnością sądową i ekspertka Rozwodowej
Autorka ekspertka
Dorota Baron

Psycholog, specjalność sądowa • mediator sądowy

Poznaj ekspertkę →
Aneta Lisiecka, redaktorka Rozwodowa.com.pl
Redakcja
Aneta Lisiecka

Redaktorka Rozwodowa.com.pl

Czy „dobry mąż” zawsze oznacza dobre małżeństwo?

W Polsce wciąż funkcjonuje przekonanie, że jeśli mężczyzna nie bije, nie pije, jest dobrym ojcem i przynosi pieniądze do domu, to jest dobrym mężem. A skoro jest dobrym mężem, kobieta nie powinna od niego odchodzić.

Jeśli odejdzie, może usłyszeć, że jest niewdzięczna, rozpieszczona albo że nie docenia tego, co ma.

„Przecież nie bije, nie pije, pracuje. Czego jeszcze chcesz?”

To zdanie, choć często wypowiadane w dobrej wierze, potrafi zamknąć usta komuś, kto od dawna czuje, że w jego małżeństwie czegoś brakuje.

Każdy z nas ma indywidualne potrzeby emocjonalne. Dla jednej osoby najważniejsze będzie poczucie bezpieczeństwa, dla innej bliskość, czułość, rozmowa, wspólne zainteresowania czy emocjonalne zaangażowanie. Nie ma jednego uniwersalnego wzorca, który określa, jak powinno wyglądać szczęśliwe małżeństwo.

Można być dobrym człowiekiem, odpowiedzialnym rodzicem i uczciwym partnerem, a jednocześnie nie tworzyć z drugą osobą relacji, w której oboje czują się spełnieni.

Można również doceniać to, co partner robi dla rodziny, i jednocześnie odczuwać samotność w małżeństwie. Można mieć stabilizację materialną, wspólny dom i dzieci, a mimo to nie czuć bliskości.

Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek przestaje być szczęśliwy, ale nie daje sobie prawa do odejścia, ponieważ jego partner nie jest wystarczająco zły.

Jakby do zakończenia związku potrzebny był akt oskarżenia. Jakby własne cierpienie musiało zostać udowodnione, a rozstanie wymagało wskazania winnego.

Dlaczego jednej kobiecie wystarczy brak szczęścia, a inna potrzebuje wyraźnego powodu?

Nie rodzimy się z gotowym przekonaniem o tym, czym jest małżeństwo, ile należy w nim wytrzymać i kiedy wolno odejść. W dużej mierze uczymy się tego w domu rodzinnym.

To tam obserwujemy, jak nasi rodzice okazują sobie uczucia, rozwiązują konflikty, rozmawiają o problemach i traktują własne potrzeby. Tam dowiadujemy się, czy wolno mówić o niezadowoleniu, czy lepiej zachować spokój dla dobra rodziny. Czy rozstanie jest dopuszczalnym rozwiązaniem, czy porażką, której należy się wstydzić.

Powielamy schematy, często nie zdając sobie z tego sprawy. Jeśli dorastamy w domu, w którym jeden z rodziców rezygnuje z siebie, aby utrzymać rodzinę, możemy uznać takie poświęcenie za naturalny element związku. Jeśli słyszymy, że małżeństwo trzeba ratować za wszelką cenę, możemy w dorosłym życiu mieć trudność z uznaniem własnych granic.

Dlatego dla jednej kobiety brak bliskości, poczucia spełnienia czy chęci dalszego wspólnego życia będzie wystarczającym powodem do odejścia. Dla innej okaże się argumentem niewystarczającym.

Możemy mieć odmienne doświadczenia, wartości, temperamenty, przekonania i wyobrażenia o odpowiedzialności za rodzinę. Różnić się może również siła więzi z partnerem oraz to, co rzeczywiście dzieje się w naszych domach.

Nie bez znaczenia jest także nasza potrzeba przynależności. Jesteśmy istotami społecznymi. Potrzebujemy akceptacji, więzi i poczucia, że mamy swoje miejsce wśród innych ludzi.

Rozstanie może zachwiać nie tylko naszym życiem rodzinnym, ale również pozycją w grupie, z którą się identyfikujemy. Możemy obawiać się reakcji rodziców, opinii znajomych, utraty akceptacji otoczenia czy tego, jak zostaniemy ocenione jako matki i żony.

W takiej sytuacji nie pytamy już wyłącznie:

„Czy chcę dalej być w tym małżeństwie?”

Pytamy również:

„Czy inni uznają, że mam prawo odejść?”

I czasami to drugie pytanie staje się ważniejsze od pierwszego.

Wasze historie
Kiedy nowe miejsce zaczyna znaczyć: „jestem u siebie”

Czasem dopiero po odejściu przychodzi poczucie, że zaczynamy budować życie naprawdę po swojemu. Jedną z takich historii przeczytasz w tekście „Weszłam do mieszkania pełnego kartonów i wiedziałam, że jestem w domu” .

Nie tylko boimy się oceny innych. Boimy się również własnej oceny.

Społeczna presja to jednak tylko część problemu. Bywa, że jeszcze trudniej niż cudzy osąd jest nam znieść własny.

Chcemy postrzegać siebie jako dobrych ludzi. Lojalnych, uczciwych, odpowiedzialnych. Chcemy wierzyć, że nasze decyzje są słuszne i że nie krzywdzimy innych bez powodu.

Co jednak dzieje się wtedy, gdy chcemy odejść od człowieka, którego nie potrafimy uznać za złego?

Pojawia się wewnętrzny konflikt. Z jednej strony nie chcemy już być w tej relacji, z drugiej nie chcemy widzieć siebie jako osoby, która porzuca dobrego człowieka, zawodzi rodzinę albo niszczy małżeństwo.

Psychologia opisuje między innymi zjawisko dysonansu poznawczego, czyli nieprzyjemnego napięcia, które pojawia się, gdy nasze przekonania, wartości lub postawy pozostają w sprzeczności z tym, co czujemy, myślimy lub robimy.

Jednym ze sposobów zmniejszania tego napięcia może być racjonalizacja – poszukiwanie uzasadnień, które pomagają nam zaakceptować własne decyzje.

W praktyce może to wyglądać tak, że zaczynamy coraz silniej koncentrować się na wadach partnera. Analizujemy jego zachowania, wracamy do dawnych konfliktów, interpretujemy kolejne sytuacje przez pryzmat tego, co nam przeszkadza.

Możemy też czekać na wydarzenie, które ostatecznie rozstrzygnie za nas, co powinnyśmy zrobić. Nie musi to być świadome ani celowe działanie. Nie oznacza również, że nasze zastrzeżenia są nieprawdziwe. Czasami dopiero w kryzysie dostrzegamy problemy, które wcześniej bagatelizowałyśmy.

W ten sposób uwaga może przesunąć się z pytania:

„Czy chcę nadal być w tym związku?”

na pytanie:

„Jak udowodnić, że mam prawo z niego odejść?”

To zasadnicza różnica.

Warto jednak zauważyć, że czasem łatwiej jest odejść od kogoś, kogo uznamy za złego, niż od kogoś, kto po prostu przestał być osobą, z którą chcemy dzielić życie.

Wtedy nie musimy już mierzyć się z trudną prawdą: że możemy kogoś szanować, dostrzegać jego zalety, a jednocześnie nie chcieć z nim być.

Warto przeczytać
Nie musisz tłumaczyć całej swojej decyzji

Po decyzji o rozstaniu łatwo wpaść w potrzebę wyjaśniania wszystkim, dlaczego odchodzimy i czy mamy ku temu „wystarczający powód”. Tymczasem nie każda osoba z naszego otoczenia musi znać całą historię ani rozumieć każdą decyzję.

Jeśli czujesz, że bardziej tłumaczysz się ze swojego życia, niż o nim opowiadasz, przeczytaj także „Czy musisz tłumaczyć innym, dlaczego się rozwodzisz?”

Kiedy zmieniają się nasze oczekiwania wobec życia?

Żyjemy w czasach, w których coraz częściej mówimy o samorealizacji, potrzebach emocjonalnych, bliskości i jakości życia. Coraz więcej osób chce nie tylko przetrwać, ale również czuć, że ich życie ma sens i że relacje, które tworzą, odpowiadają ich wartościom.

Nie oznacza to, że wcześniejsze pokolenia nie potrzebowały miłości, czułości czy zrozumienia. Te potrzeby istniały zawsze. Zmieniały się jednak warunki życia, możliwości wyboru i społeczne przyzwolenie na podejmowanie decyzji niezgodnych z tradycyjnymi oczekiwaniami.

Dla wielu ludzi bezpieczeństwo, zdrowie, dach nad głową i możliwość utrzymania rodziny były podstawą poczucia stabilizacji. Dziś również są niezwykle ważne, ale częściej oczekujemy od związku czegoś więcej.

Chcemy być rozumiani, zauważani, traktowani jak partnerzy. Chcemy rozmawiać, rozwijać się i czuć, że jesteśmy dla drugiej osoby kimś więcej niż współlokatorem, rodzicem wspólnych dzieci czy osobą odpowiedzialną za dom.

Jednocześnie żyjemy w świecie nieustannego porównywania się. Obserwujemy związki innych ludzi, ich sukcesy i codzienność pokazywaną w internecie. Łatwo wówczas zacząć odczuwać, że to, co mamy, jest niewystarczające, choć jeszcze niedawno potrafiłyśmy to docenić.

Dlatego warto zadać sobie również inne pytanie:

Czy rzeczywiście czegoś ważnego brakuje w mojej relacji, czy może sama nie potrafię jeszcze nazwać tego, czego szukam?

Nie chodzi o to, by zadowalać się byle czym ani pozostawać w nieszczęśliwym związku z wdzięczności za to, co otrzymujemy.

Chodzi o umiejętność odróżnienia rzeczywistych braków od oczekiwań, których same nie potrafimy określić, oraz o zrozumienie, że żaden partner nie jest w stanie zagwarantować nam pełni szczęścia.

Dobroć jest ważna. Ale trwały związek wymaga również wzajemności, komunikacji, zaangażowania i gotowości do mierzenia się z trudnościami.

Samo bycie dobrym człowiekiem nie zawsze wystarcza, by utrzymać relację. Nie oznacza to jednak, że dobroć przestała mieć znaczenie ani że każdy związek, który przestaje nas satysfakcjonować, należy zakończyć.

Nie ma złotego środka ani jednej zasady, która sprawdzi się w każdym małżeństwie. Każda relacja jest inna. Wpływają na nią schematy wyniesione z domu, nasz charakter i temperament, wyznawane wartości, stopień więzi między partnerami, wspólna historia, a przede wszystkim to, co rzeczywiście dzieje się między dwojgiem ludzi.

Dlatego tak ważna jest introspekcja. Zatrzymanie się i wsłuchanie w siebie.

Czego ja właściwie chcę? Czego mi brakuje? Dlaczego czuję się nieszczęśliwa? Czy chodzi o konkretne zachowania partnera, niezaspokojone potrzeby, różnice, których nie potrafimy pokonać, czy może o coś, czego sama jeszcze nie umiem nazwać?

Na chwilę warto odsunąć pytania o to, co powiedzą inni, jak zareaguje mąż, co pomyślą rodzice i jak ocenią nas znajomi.

W tej konkretnej chwili potrzebujemy usłyszeć przede wszystkim siebie.

Można powiedzieć, że czasami trzeba dać sobie prawo do odrobiny egoizmu. Nie tego, który polega na ignorowaniu uczuć innych ludzi, lecz tego, który pozwala wreszcie uznać własne potrzeby za równie ważne jak potrzeby wszystkich wokół.

Ćwiczenie Doroty
Zatrzymaj się na chwilę i sprawdź, czego naprawdę chcesz

Warto spróbować prostego ćwiczenia.

Weź kartkę i wypisz wszystko, co przeszkadza ci w partnerze i w waszym małżeństwie. Bez cenzury, bez usprawiedliwiania go, ale też bez automatycznego uznawania każdej własnej pretensji za słuszną.

Następnie przyjrzyj się każdemu punktowi. Czy to rzeczywiście coś, co uniemożliwia ci szczęśliwe życie w tej relacji? Czy jest to ważna, niezaspokojona potrzeba, czy może różnica charakterów, drobna niedogodność albo oczekiwanie, którego sama nie potrafisz jasno określić?

Najważniejsze pytanie
Gdyby mój mąż zmienił wszystko, co znalazło się na tej liście, gdyby zaczął zachowywać się dokładnie tak, jak tego oczekuję, czy nadal chciałabym odejść?
Nie szukaj „właściwej” odpowiedzi. Spróbuj usłyszeć własną.

Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, być może istnieje przestrzeń do rozmowy, zmiany i odbudowy relacji.

Jeśli jednak odpowiedź brzmi „tak”, warto uczciwie przyjrzeć się temu, czy problem rzeczywiście sprowadza się do zachowań partnera, czy może po prostu nie chcemy już tego małżeństwa.

Ma to pomóc lepiej zrozumieć własne motywacje. Możemy odkryć, że nie doceniamy pewnych rzeczy, które mamy. Możemy też uświadomić sobie, że mimo wielu zalet partnera nasze uczucia wygasły albo nasze drogi się rozeszły.

I to jest ok. To jest naturalne.

Nie bez znaczenia pozostaje również czas. Im dłużej trwa konflikt, tym bardziej emocje mogą wpływać na sposób, w jaki postrzegamy partnera.

Wzajemne pretensje, nieświadome prowokacje, przykre reakcje i kolejne nieporozumienia mogą stworzyć błędne koło: konflikt wpływa na nasze uczucia, uczucia na interpretację zachowań, a ta interpretacja podsyca następny konflikt.

Z czasem coraz trudniej oddzielić pierwotne niezadowolenie od krzywd, które pojawiły się już w trakcie rozpadu relacji.

Dlatego warto przyjrzeć się nie tylko temu, co partner robi, ale również temu, co dzieje się między nami i jak same reagujemy. Nie po to, by brać odpowiedzialność za cudze zachowania, lecz by zrozumieć własny udział w dynamice związku.

Wątpliwości po decyzji też są częścią procesu

Wątpliwości mogą pojawić się nawet wtedy, gdy decyzja dojrzewała długo. Więcej o tym piszemy w artykule „Podjęłam decyzję o rozwodzie i zaczęłam wątpić. Czy to normalne?”

A co z kobietami, które rzeczywiście doświadczają krzywdy?

Tutaj trzeba powiedzieć jasno: nie każda nieszczęśliwa relacja jest relacją przemocową, ale brak widocznej przemocy nie oznacza automatycznie, że relacja jest zdrowa.

Przemoc może przyjmować formę kontroli, zastraszania, poniżania, izolowania, przymusu czy przemocy ekonomicznej. Nie można oceniać małżeństwa wyłącznie na podstawie tego, czy mężczyzna pije, bije i zapewnia rodzinie byt.

Jeśli ktoś doświadcza przemocy, odpowiedzialność za zachowania przemocowe spoczywa na osobie, która je podejmuje. Nie należy sugerować, że osoba krzywdzona sprowokowała przemoc albo że powinna najpierw dokładnie przeanalizować własne niedoskonałości, zanim uzna swoje cierpienie.

Czym innym jest przemoc, a czym innym sytuacja, w której dwoje ludzi nie potrafi już stworzyć satysfakcjonującego związku, mimo że żadne z nich nie krzywdzi drugiego w sposób przemocowy.

Tych sytuacji nie wolno ze sobą utożsamiać.

Nie wiemy też, co naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami cudzego domu. Z zewnątrz możemy widzieć odpowiedzialnego ojca i męża, ale nie znamy całej historii ich relacji.

Dlatego nie chodzi o to, by osądzać kobiety odchodzące od dobrych mężczyzn ani by podważać doświadczenia tych, które latami znosiły krzywdę.

Chodzi o stworzenie przestrzeni, w której można uczciwie mówić zarówno o przemocy, jak i o rozstaniach, które nie mają jednego winnego.

Nie trzeba nikogo zniszczyć, żeby móc odejść.

Sama przez to przechodziłam.

Dopiero z perspektywy czasu mogłam zobaczyć, jak bardzo przekonanie o tym, że muszę mieć wystarczający powód, wpływało na moje myślenie i zachowanie.

Piszę to, ponieważ być może więcej osób, niż nam się wydaje, zna ten wewnętrzny konflikt, choć nie potrafi o nim mówić.

Czasami tak bardzo boimy się zostać uznani za złych ludzi, że próbujemy znaleźć winę tam, gdzie łatwiej ją wskazać, niż zaakceptować własne pragnienia. Czasami potrzebujemy, żeby druga osoba stała się jednoznacznie zła, bo wtedy sami możemy poczuć się niewinni.

A przecież możemy podjąć decyzję, która sprawi komuś ból, nie będąc przez to złymi ludźmi.

Możemy kogoś szanować i jednocześnie nie chcieć już z nim żyć. Możemy doceniać wspólną historię, a mimo to uznać, że nie chcemy pisać jej dalszego ciągu.

To nie zwalnia nas z odpowiedzialności za sposób, w jaki traktujemy drugiego człowieka. Nie daje prawa do manipulacji, prowokowania ani przerzucania na niego całej winy.

Daje jednak możliwość uczciwego przyznania się do tego, czego naprawdę chcemy. Partner-wcale-nie-musi-byc-zły-…

Można również ponosić odpowiedzialność za sposób, w jaki się odchodzi, nie będąc zobowiązanym do pozostawania w związku.

Może więc zamiast pytać kobietę:

„Dlaczego odchodzisz od takiego dobrego męża?”

warto zapytać, jak się czuje w tej relacji.

A zamiast zmuszać kogokolwiek do udowadniania winy partnera, warto nauczyć się, że uczciwe zakończenie związku nie wymaga stworzenia z drugiego człowieka złoczyńcy.

Nie trzeba udowadniać, że ktoś jest złym człowiekiem, żeby mieć prawo przestać z nim być.

Być może największą dojrzałością nie jest umiejętność wskazania winnego, lecz odwaga, by przyjrzeć się sobie, uznać własne potrzeby i wziąć odpowiedzialność za własną decyzję.

Bo czasami największą krzywdą nie jest samo odejście.

Jest nią przekonanie, że aby odejść, trzeba najpierw kogoś zniszczyć w oczach własnych i innych ludzi.

Jeśli jesteś jeszcze przed decyzją

Jeśli próbujesz uporządkować to, co naprawdę czujesz i czego potrzebujesz, pomocny może być także artykuł „Jak podjąć decyzję o rozwodzie?”

Prywatna grupa dla kobiet

Nie musisz przechodzić przez to sama

Jeśli próbujesz uporządkować emocje, odzyskać spokój albo po prostu potrzebujesz miejsca, w którym ktoś zrozumie, dlaczego dziś jest Ci trudniej – zapraszamy Cię do grupy „Odzyskaj siebie – przestrzeń dla kobiet”.

Możesz podzielić się swoją historią, zadać pytanie albo zostać na chwilę w ciszy i zacząć od czytania. Nie musisz być już gotowa na nowy początek. Możesz być dokładnie w tym miejscu, w którym jesteś teraz.

Dołącz do prywatnej grupy Możesz dołączyć i na początku tylko czytać.

Nie musisz dzisiaj wiedzieć, jak będzie wyglądało całe Twoje życie. Czasem pierwszym krokiem jest świadomość, że ktoś naprawdę rozumie.

To prywatna grupa na Facebooku – publikowane rozmowy są widoczne dla jej członkiń.